Smocze Marzenia - Część 2.
Kiedy na horyzoncie zaczął ukazywać się zarys wyspy, na którą zmierzali, wszyscy byli już przemoczeni. Lało tak mocno, że w łódce dziewczyny zaczęła zbierać się woda, co ją stanowczo obciążało.
Dookoła uderzały pioruny, a huk grzmotów ogłuszał. Jeszcze tylko kilka machnięć potężnymi skrzydłami bestii i wszyscy wylądowali na drewnianym podeście przed wielkim i, jak zauważyła nieznajoma, dość dziwnie wyglądającym budynkiem.
- Hej wszyscy! - jeździec czarnego smoka musiał przekrzykiwać wiatr i dudnienie, żeby każdy go dobrze słyszał - Uszczelnijcie wejścia, zamknijcie smoki i zabezpieczcie balistę. A ty - tu zwrócił się do nieznajomej dziewczyny - pójdziesz ze Śledzikiem.
Wskazał na otyłego chłopaka i skinął w jego stronę porozumiewawczo. Ten z kolei złapał dziewczynę za ramię i dał znak, żeby szła za nim.
Przemierzali dziwaczną osadę bardzo szybko, bo deszcz ciągle lał jak z cebra. W mgnieniu oka dostali się do, chyba, największego budynku na wyspie.
Kiedy weszli do środka oczom dziewczyny ukazało się obszerne pomieszczenie. Naprzeciwko wejścia znajdowało się coś na kształt stołu, z niewielkim paleniskiem zainstalowanym po środku i ławami dookoła. Pod ścianami stały pojedyncze krzesła i mały stolik z dziwnymi pionkami do gry, której nie znała. Pomimo dużej przestrzeni i wolnego miejsca pomieszczenie było przytulne i ciepłe.
Chłopak nazwany Śledzikiem szybko wszedł z deszczu do środka i pociągnął dziewczynę za sobą. Podszedł do paleniska, dorzucił kilka drewienek do ognia i odwrócił się w stronę nowo przybyłej.
- A więc... Ja jestem Śledzik. A jak ty masz na imię?
Dziewczyna przez chwilę stała w milczeniu i zastanawiała się, czy może mu zaufać. Tak na prawdę nie wiedziała kim on jest, ani czy jego przyjaciele będą wobec niej przychylni.
Jednak szybko zdała sobie sprawę, że jej dalszy los zależy tylko od nich.
- Iris - odpowiedziała cicho.
Otyły chłopak zmierzył ją wzrokiem i po paru sekundach znów przemówił, tym razem w jego głosie pobrzmiewało ostrzeżenie.
- Mój przyjaciel za chwilę zada ci kilka pytań. Musisz na nie odpowiedzieć zgodnie z prawdą, dobrze?
Dziewczyna szybko pokiwała głową na znak, że zrozumiała.
Już po chwili do pomieszczenia wbiegli pozostali członkowie dziwacznej grupy, ociekający wodą. Na szczęście ich ubrania zaczęły szybko schnąć pod wpływem ciepła bijącego od małego paleniska.
Spośród zdyszanych młodych wikingów wyszedł ten, którego Iris wcześniej uznała za lidera. Zwrócił się do Śledzika.
- Udało się zabezpieczyć wszystko. Smoki są tylko trochę zdenerwowane; później jeszcze pójdę je uspokoić. I nie wygląda na to, że burza przejdzie w ciągu paru godzin. Może trwać nawet kilka dni, albo i dłużej. To jakiś tajfun...
Blondwłosy tylko przytakiwał swojemu przyjacielowi z nietęgą miną.
Kiedy wszyscy już ochłonęli i ich oddechy wróciły do normy, usiedli dookoła stołu pośrodku pomieszczenia, a wysoki chłopak zwrócił się do dziewczyny.
- Jeśli już jesteś na naszej wyspie, muszę sprawdzić, czy możemy ci ufać. Będę zadawał ci pytania, a ty odpowiesz na nie zgodnie z prawdą.
Tym razem przytaknęła swojemu rozmówcy od razu. Nie chciała wpakować się w jeszcze większe kłopoty niż te, w których była teraz.
- Dobrze. Więc... Jak się nazywasz?
- Jestem Iris - odpowiedziała już znacznie pewniej.
I tym razem na dźwięk jej imienia chłopak (jak i cała reszta jego przyjaciół) spojrzał na nią zdziwionym wzrokiem, po czym wrócił do rozmowy.
- Skąd jesteś?
Teraz to ona się zawahała. Tak jak wcześniej, nie miała pewności, czy może im zaufać. Nie była pewna do czego są zdolni i co mogą zrobić jej rodzinie. Była rozdarta.
- Ehhh... Pochodzę z wyspy Fjern.
Śledzik i jego ciemnowłosy przyjaciel spojrzeli po sobie nie rozumiejącym wzrokiem, a kiedy ten pierwszy tylko wzruszył ramionami, odwrócili się od siebie, a właściciel czarnej bestii odparł:
- Nie byliśmy na tej wyspie. Trudno... Później to ustalimy. Aaa... Miałaś wcześniej do czynienia ze smokami?
To pytanie trochę zdziwiło Iris, bo ktoś, kto chciałby zaszkodzić jej, nie pytałby o smoki. Zrozumiała, że tej dziwacznej grupie wikingów zależało tylko na bezpieczeństwie ich dzikich przyjaciół.
- Ohhh... Taaak, na naszej wyspie zawsze było pełno smoków, ale nasi strażnicy je... No... Zabijali...
Nie czuła się komfortowo wypowiadając te słowa. Ona nigdy nie odważyła się choćby skrzywdzić jednego, pomimo, że rodzice wpajali jej to samo, co każdemu dzieciakowi: smoki są złe, zabiły setki naszych, musimy im się przeciwstawić.
Ciemnowłosy chłopak spojrzał na nią z miną, jakby to było do przewidzenia. Następnie jego wzrok powędrował po reszcie drużyny, a kiedy ci pokiwali twierdząco głowami uśmiechnął się dobrodusznie w stronę Iris.
- A więc... Witaj na wyspie Jeźdźców Smoków, na Końcu Świata.
Przez pewien czas w pomieszczeniu panowała zupełna cisza przerywana tylko trzaskaniem ognia i grzmotami na zewnątrz. Dziewczyna była tak zszokowana, że nie wiedziała co powiedzieć. Pierwszy raz w życiu spotkała kogoś, kto podzielał jej poglądy. Do tej pory nie wierzyła, że istnieją ludzie przyjaźniący się ze smokami; to był szczyt jej marzeń.
Lider Jeźdźców najwyraźniej nie lubił, kiedy nic się nie działo, bo od razu podjął:
- Ja jestem Czkawka, wódz tej wyspy, a to są Astrid - wskazał na jasnowłosą dziewczynę siedzącą po jego lewej stronie - Śledzik, którego już poznałaś, Sączysmark, dzięki któremu tu jesteś - w jej stronę pomachał niski osiłek o czarnych włosach i hełmie - oraz bliźniaki Mieczyk i Szpadka - tu posłał wzrok w stronę dwójki identycznych wikingów śpiących opartych o siebie nawzajem - No tak... Może rzeczywiście trzeba już odpocząć... Śledzik, zajmiesz się naszym gościem?
Młody chłopak natychmiast pokiwał głową na znak zgody, a reszta Jeźdźców zaczęła wychodzić, wynosząc ze sobą bliźniaki.
- Dobranoc - rzucił jeszcze przez ramię Czkawka i zniknął za drzwiami.
- A więc... Może prześpisz się u mnie? - zapytał Śledzik?
- Nie, nie chciałabym robić kłopotu. Mogę spać tutaj.
- Tutaj? - widać było, że chciał się wykłócać, ale był na to zbyt zmęczony - Ehhh... Czkawka mnie zabije... No ale cóż... Zaczekaj tu, zaraz wrócę.
Wyszedł przez mniejsze drzwi w rogu pomieszczenia, których Iris wcześniej nie zauważyła, a po chwili wrócił trzymając w rękach kilka ciepłych kocy i poduszkę.
- Proszę bardzo. - mówiąc to wręczył jej naręcze okryć, odwrócił się i wychodząc, dodał - Miłych snów.
- Dobranoc - odpowiedziała mu jeszcze dziewczyna.
Ułożyła swoje posłanie w najdalszym kącie od drzwi. Gdy zasypiała, usłyszała jeszcze kilka bliskich grzmotów i pomyślała, że ta burza zbyt szybko nie odejdzie, tak jak i ona.
Później zapadła się w ciemną krainę snów...
~ GuineaPigi
Komentarze
Prześlij komentarz