Łowcy (nie)idealni

      Myślę o wszystkich tych dniach, które nadejdą.
      Wciągam kształty w kolejkę do spalenia
      I zastanawiam się, jak zakończymy tą grę.
      Ponad wyspą Łowców Smoków jaśniało poranne słońce, powoli unoszące się nad linię spokojnych fal oceanu.
      Minionej nocy to właśnie tutaj pojawiło się nowe życie; tak obojętne dla reszty plemienia, a tak drogie sercu jednego człowieka - najlepszego z najlepszych, Łowcy idealnego do tego stopnia, że sam Odyn byłby dumny, mając go przy swoim boku. Minionej nocy narodził się jego jedyny syn - jego duma, nadzieja i przyszłość wioski.
      Teraz szczęśliwy ojciec z miłością wpatrywał się w małego Łowcę, rozmyślając, co przyniesie dla niego nadchodzący czas i jak jego dziecię poradzi sobie z odpowiedzialnością powiązaną z przynależnością do plemienia Łowców Smoków...
      Jak ciągle z kamienia na kamień
      Potwory przychodzą i odchodzą,
      Tak my z każdym kolejnym krokiem zaczynamy od początku.
      Chłopiec powoli rósł i w miarę swojego wieku zaczynał pałać wrodzoną niechęcią do smoków. Kiedy jego ojciec opowiedział mu pewnego dnia o Smoczym Szkoleniu, gdzie to młodzi Łowcy doskonalą się w pozyskiwaniu korzyści z tych gadów, ten zapragnął również jak najszybciej nauczyć się tego fachu.
      Dosięgając wieku siedmiu lat ojciec z dumą spełnił wielkie marzenie małego synka, pierwszy raz prowadząc go na Arenę.
      Podczas lekcji kwalifikacyjnej młodzik nie tylko zdobył serce powszechnie surowego nauczyciela, ale również zadziwił wszystkich swą zaciętością, zwinnością oraz samozaparciem. Ewidentnie miał ogromny potencjał i talent; największy od czasów własnego ojca.
      Nie minęło kilka miesięcy, a młody uczeń zadomowił się na arenie na dobre. Nie straszne mu były spotkania ze smokami twarzą w twarz, ich zaganianie w pułapki, ani nawet uśmiercanie. Zdaniem nauczyciela tylko on jeden z pozostałej dziewiątki miał w sobie "to coś". A chłopiec dopiero teraz poczuł, że odnalazł swoje powołanie; poczuł, że naprawdę żyje...
      Och, one mogą uciekać, mogą się kryć,
      Ale my będziemy polować i znajdziemy je.
      Potem stawimy im czoła, a one będą umierać,
      Dopóki nie wykonamy naszego zadania.
      Nadszedł dzień, w którym starsi Łowcy Smoków mieli wyruszyć na kolejną wyprawę. Młodziki, choć z wielkim bólem, pozostali na wyspie, gdyż, jak sądził ich nauczyciel, nie byli na to gotowi.
      Dorośli mężczyźni zasadzali się tym razem na legendarnego Podwodnego Rozpruwacza, grasującego na wschodnim archipelagu.
      Żony gorzko żegnały swoich mężów, a dzieciaki życzyły szczęścia ojcom. Ta gra nigdy nie była łatwa ani bezpieczna. Łowcom zależało jedynie na korzyściach; nie martwili się o życie towarzyszy, byle koszta włożone w wyprawę się zwróciły. Również młody uczeń odprowadził swego rodziciela aż na sam statek, z trudem rozstając się z nim na tak długi czas.
      Mijały godziny, dni, a nawet całe tygodnie spędzane przez małego chłopca w samotności, na ciągłych i niezwykle ostrych treningach.
      Pewnego mglistego poranka na krańcach widnokręgu nareszcie zamajaczył okręt pod znajomym żaglem - to doświadczeni Łowcy wracali ze swojej wyprawy. Wieźli również ze sobą sowitą zapłatę z północnych rynków jako wynagrodzenie i kilka spokojnych dni dla wioski w zamian za Podwodnego Rozpruwacza.
      Powitaniom i szczęściu nie było końca. Żony z miłością całowały swoich mężów, a dzieciaki gratulowały ojcom.
      Jednak jedna osoba - syn legendarnego wojownika, nie miała powodu do świętowania. Łowcy nie przywieźli ze sobą tylko jednego. Jego ojca...
      Tak, one mogą uciekać, mogą się kryć,
      Ale my będziemy polować i znajdziemy je.
      Potem stawimy im czoła, a one będą umierać.
      To dlatego jest w tym tyle zabawy!
      Lata uciekały w zawrotnym tempie, a młody Łowca dorastał. Nie potrafił pogodzić się ze stratą najdroższej sobie osoby. Nikt nie był w stanie podnieść go na duchu, przywrócić na jego twarzy uśmiechu ani pocieszyć.
      Teraz jego najważniejszym życiowym celem stała się nauka - nauka na najlepszego smoczego Łowcę na archipelagu, albo może nawet na całym świecie. Poprzysiągł sobie, że nie odejdzie i nie dołączy do ojca, póki wszyscy winni jego śmierci - na niebie, morzu i lądzie - będą żyć.
      Od tej pory treningi młodego mężczyzny były jeszcze cięższe, bardziej krwawe i skierowane na pomstę legendarnego Łowcy. A do tego skuteczne...
      My chcemy tylko śpiewać piosenkę;
      Historię, która rozkaże nam, żeby żyć
      I ramię w ramię walczyć z bestiami.

      Uczniowie Smoczego Szkolenia ukończyli dwudziesty rok życia i wielkimi krokami zaczęło zbliżać się do nich najważniejsze dla każdego Łowcy wydarzenie - pierwsza wyprawa na łowy. Dla większości tych młodych mężczyzn była to jedynie niebezpieczna i zdradziecka praca, lecz nie dla jednego z nich. Syn najlepszego wojownika nie widział w tym zajęciu już tylko zarobku, ale jedyny możliwy sposób odzyskania spokoju duszy - własnej oraz swojego ojca.
      Nie pamiętał zbyt wiele z pożegnań, tylko pojedyncze słowa i obrazy.Niewiele też chciał pamiętać.
      Zasadzali się na zwykłego potwora z głębin morskich - Wrzeńca. Rozkaz był prosty: zabić i sprzedać. Chociaż dla przeciętnego mężczyzny nawet tak pospolita sztuka byłaby wyzwaniem, dla Łowców był to chleb powszedni.
      Młodzi wojownicy zaczaili się na niego tuż u ujścia jednej z rzek na pobliskich wyspach. Wystarczyły im kusze, topory oraz sieć, a i tak, kiedy Wrzeniec się wynurzył, nie pozostało mu wiele życia...
      Ruchome są słowa i ruchomy jest świat.
      Chcemy tylko tym razem mieć to wszystko
      I być na czele.
      Nadchodziły kolejne wyprawy, a wraz z nimi kolejne zwycięstwa młodych Łowców. Podchodzili do swojej pracy coraz śmielej i ćwiczyli jeszcze wytrwalej, aby ciągle stawać się lepszymi.
      Jednak jednemu z mężczyzn przyświecał inny cel niż zarobek i rozrywka. Teraz, kiedy już poczuł smak prawdziwego zwycięstwa, zapach krwi jego wrogów przesiąknął przez ubranie, a pamięć o ojcu wciąż nie gasła, zaślepiła go żądza zemsty. W jego życiu przestało liczyć się szczęście, dobrobyt i dobra zabawa. Utracił resztki człowieczeństwa na rzecz katorżniczych, krwawych treningów.
      Świat, który Łowca powinien postrzegać jako wielka gra i okazja na zaczerpnięcie rozrywki, on utożsamiał wyłącznie z polem bitwy.
      Chciał zabić wszystkie smoki; sam, bez niczyjej pomocy dokonać zemsty. Stara uraza, wiecznie rozdrapywana, nie miała szansy zagoić się, bo według niego nigdy też zabliźnić się nie powinna.
      Mijały lata, a wraz z nimi przelewano coraz więcej smoczej krwi. Ale rozżalonemu Łowcy to nie wystarczało....
      Tak, one mogą uciekać, mogą się kryć,
      Ale my będziemy polować i znajdziemy je.
      Potem stawimy im czoła i one będą umierać,
      Tak długo, aż wykonamy nasze zadanie.
      Łowcy, którzy kiedyś rozpoczynali Smocze Szkolenie dorośli i stali się mistrzami w swoim fachu. Pokolenie legend z każdą kolejną stoczoną bitwą zyskiwało na wartości i uznaniu. Topornicy o nadludzkiej sile, podstępni taktycy, nieomylni łucznicy... A jednak...
      Wielki smok z gatunku Koszmara Ponocnika znajdował się własnie pod ostrzałem. W normalnych warunkach kilka celnych grotów by wystarczyło, lecz ta sztuka wymagała większego zaangażowania. Jeszcze tylko jedna, wymierzona strzała miała wykonać swoje zadanie, aby smok padł martwy.
      Łucznik naciągnął cięciwę i strzelił.
      Łowca widział, jak cały świat zwalnia - jak zawsze, kiedy śmierć wisiała w powietrzu. Pocisk przemierzył już cała odległość i tylko ułamki sekund dzieliły go od celu.
      Lecz smok, wiedziony przez pewną niewidzialną moc cofnął się o krok, a strzała wycelowana w samo serce minęła je i ze świstem pognała dalej. Prosto na Łowcę.
      Poczuł tylko, jak siła strzały wbijającej się w jego ramię popycha go do tyłu, a następnie jego ciało owładnął ostry ból.
      Inny z jego towarzyszy posłał kolejny pocisk w stronę smoczego serca, tym razem celnie, ale Łowca już nie zwracał na to uwagi. Widział wokół siebie krew, lecz nie tą, która dobrze znał.
      To nie była krew jego wrogów, lecz jego własna...
      Jasne, one mogą uciekać, mogą się kryć,
      A my będziemy polować i znajdziemy je.
      Potem stawimy im czoła i one będą umierać.
      To dlatego jest w tym tyle zabawy!
      Ładownia statku po brzegi wypchana była cennym truchłem Koszmara Ponocnika. Ważyło tyle, że gdy wpływali do płytkiego portu, stępka szorowała po dnie. Cały pokład drżał, ale Łowca nie zwracał na to uwagi.
      Siedział, oparty plecami o jedną z burt, ze strzałą wbitą w przedramię aż po same drzewce i owiniętą brudna szmatą, aby zatamować upływ krwi. Rozmyślał.
      Czuł się coraz gorzej, a kolory z jego twarzy zniknęły już dawno. Jednak dziwne uczucie rozdarcia doskwierało mu od znacznie dłuższego czasu.
      Nie znajdował się w tym złym stanie przez swoich największych wrogów - smoki. Nigdy nie przeszło mu przez myśl, że tyle bólu i nieszczęścia może zadać mu jego sprzymierzeniec; ktoś, kto miał dotrzymywać mu kroku i walczyć ramię w ramię.
      Nowa sytuacja otworzyła jego oczy i nareszcie mógł dostrzec to, czego nie widział wcześniej. Znajdował się tu i teraz, i właśnie to "tu i teraz" powinno najbardziej się dla niego liczyć. Śmierć czyhała na każdym kroku, niezależnie, czy otaczał się wrogami, czy też przyjaciółmi.
      Dotarło do niego, że narażanie siebie w żaden sposób nie przywróci życia jego ojcu...
      Pewnego dnia odkryjemy, że jesteśmy zakochani.
      Cudownego dnia, wspólnie, na własną rękę.
      Tak, pewnego dnia legendy zamienią się w kamień.
      Cudownego dnia po prostu
      Wrócimy do domu.
      Rana po strzale zagoiła się szybko, ale blizna pozostała na ciele Łowcy, ciągle przypominając o tym, co tak naprawdę jest najważniejsze.
      Ćwiczył dalej, a arena pozostała jego domem, lecz w pamięci miał lekcję zafundowaną mu przez los. Złagodniał i przestał mordować bez opamiętania, częściej dawał sobie odpocząć i zastanowić nad własnymi czynami. Nie łudził się już, że banalne rozwiązania są najskuteczniejsze.
      O dziwo, takie rozwiązanie uczyniło jego działania jeszcze skuteczniejszymi, do tego stopnia, że wreszcie spełnił marzenie swojego ojca i stał się najlepszym Łowcą na archipelagu.
      Z czasem zauważył, że każdemu z jego treningów przygląda się młoda, śliczna dziewczyna. Na początku nie zwracał na to uwagi, ale kiedy sytuacja zaczęła notorycznie powtarzać się, postanowił poświęcić jej więcej uwagi.
      Pewnego dnia, kiedy długie blond włosy zafalowały za zamkniętymi kratami, po czym zniknęły przy pobliskim budynku, Łowca porzucił swój topór i ruszył za nią...
      Nadal czekam na wszystkie te dni, które nadejdą
      I wciągam kształty we wspomnienia.
      Nic dziwnego, jeśli skończymy tak samo.
      Ponad trzydzieści lat wcześniej słońce wschodziło dokładnie tak samo, jak tego dnia. Właściwie niewiele zmieniło się na wyspie Łowców Smoków od tamtych czasów.
      Jedynie bohaterowie tej historii wyglądali nieco inaczej, choć w ich głowach kłębiły się te same, ponure myśli.
      Łowca przyglądał się swemu małemu synkowi, spokojnie śpiącemu w drewnianej kołysce. Błagał Bogów, aby dali mu lepsze życie niż te, z którym on sam musiał się borykać; by nie pochłonął go ten sam obłęd, z którym on musiał walczyć.
      I, tak jak wcześniej jego własny ojciec, zastanawiał się co temu maluchowi przyniesie przyszłość związana z Łowcami Smoków; okrutna, niewdzięczna i nie pozostawiająca wyborów.
      Pewnego dnia i jego dziecko zetknie się z rzeczywistością i poczuje, co to znaczy na prawdę walczyć o życie. A wtedy on będzie starał się uchronić je przed powtórzeniem całej historii od nowa...
      Dookoła to trwa.
      Potwory były i odeszły,
      A my z każdym kolejnym krokiem zaczynamy wszystko od początku.
      Łowcy igrali ze śmiercią. Rozkaz naczelnika brzmiał: pozbyć się gniazda Zmiennoskrzydłych. Z góry było wiadomo, że zadanie to wiąże się z wieloma ofiarami, nie tylko w smokach...
      Został ostatni - największy i najsilniejszy, za nic w świecie nie mający zamiaru opuszczenia rodzinnych stron. Strzały nie imały się jego delikatnej skóry, a sieci nie miały szans w starciu z śmiercionośnym kwasem.
      Łowca miał już dosyć zabawy i postanowił wkroczyć do gry z pełną siłą, raz na zawsze pozbywając się problemu. Szybko wyminął swoich towarzyszy i pobiegł przez występ skalny prosto na potwora.
      Ten był jednak nieugięty i nie przestraszył pędzącego w jego stronę mężczyzny. W odpowiedzi na jego opętańcze krzyki zamachnął się na niego potężnym ogonem.
      Łowca wyczuł, co za chwilę się wydarzy. Topór, który trzymał w ręce zawirował i już po chwili pognał prosto w stronę smoczego łba - tuż przed tym, jak ogon trafił go w brzuch i strącił z wysokiego klifu prosto do oceanu.
      Świat zwolnił, jak zawsze, kiedy zbliżała się śmierć.
      Mężczyzna bezwładnie spadał ku tafli wody, ale zdołał jeszcze zobaczyć, że rzucona przez niego broń dosięga celu i zagłębia się dokładnie w tym miejscu, w które wycelował.
      Przez głowę przebiegło mu tysiąc myśli jednocześnie, ale tylko dwie z nich zwróciły jego uwagę.
      Zobaczył obraz swojego małego synka, który niedawno rozpoczął Smocze Szkolenie. Pochwyciło go poczucie winy. Nie zdołał uchronić go przed losem, który tak podle ukarał jego samego.
      A zaraz potem pomyślał o swoim ojcu. Najlepszym z najlepszych, nieomylnym, niezrównanym... Czy w przeszłości dobrze zrobił, porzucając pomstę na wrogach za jego śmierć?
      Czy on sam w chwili swojej śmierci rozmyślał nad takimi sprawami? Niczego nie był pewien. Na wszystko było za późno.
      - Przepraszam... - wyszeptał jedynie, a jego ostatnie słowa porwał wiatr.
      Chwilę później nie czuł już nic...
      Tak, zawsze uciekają, zawsze kryją się.
      My zawsze polujemy i zawsze znajdujemy.
      Dla wszystkich.
      Kiedy zaczniemy walczyć,
      Ta wojna będzie wygrana...

*Jako inspiracja do wyżej wymienionego opowiadania zostało użyte autorskie, luźnie tłumaczenie piosenki "Dragon Hunters Song" zespołu The Cure - motyw czołówki serialu "Łowcy Smoków".

~ GuineaPigi



Komentarze

Popularne posty